Ewa Raczyńska: "Omena Mensah podpisała umowę z UNESCO" – jakich komentarzy się spodziewasz?
Omenaa Mensah: Nie wiem, czy Polska jest gotowa na taki temat, czy dla Polaków jest on ciekawy. Podpisałam globalną, strategiczną współpracę z UNESCO, nikt wcześniej w Polsce tego nie zrobił. Co więcej, są tylko 33 fundacje na całym świecie, które współpracują z tą organizacją.
A moja działalność charytatywna zrodziła się w Polsce, cały jej ekosystem z Omena Foundation, OmenaArt Foundation, Rafał Brzoska Foundation, Konsorcjum Filantropijne i TOP CHARITY, które już za chwilę ma swoją pierwszą odsłonę w Wenecji, mieście, które wraz z otaczającą ją laguną jest wpisane na listę światowego dziedzictwa Unesco, jest dziś pokazywany jako wzór do naśladowania.
DLA CIEBIE
Majsterkowa szefowa odc. 3 - Pokój ucznia. Jak stworzyć przestrzeń do nauki i odpoczynku?
Jednak w komentarzach internetowych na temat twojej działalności raczej pojawia się niechęć. Z czego ona wynika?
Staram się nie czytać komentarzy. Kiedy działa się w przestrzeni publicznej, trzeba też zaakceptować, że część własnego wizerunku oddaje się pod ocenę innych i czasem po prostu poświęca się go. Omenaa Foundation założyłam 12 lat temu i wierzę, że przez ten czas ludzie w Polsce mieli okazję poznać moje wartości, konsekwencję i sposób działania. Mam podwójne, polsko-ghańskie dziedzictwo i oba te kraje są mi niezwykle bliskie. Darzę je ogromnym szacunkiem i czuję się z nimi bardzo silnie związana. Jestem patriotką, być może czasem nawet bardziej niż ci, którzy najgłośniej o swoim patriotyzmie mówią.
Co znaczy: poświęcić swój wizerunek?
Dla mnie bycie tylko osobą publiczną to za mało. Uważam, że ludzie, którzy osiągają sukces, mogą jego część oddać innym, bez znaczenia czy jesteś stolarzem, artystą, przedsiębiorcą. Po co? Żeby ten świat był zwyczajnie lepszy.
Omenaa Mensah podpisuje umowę partnerską z UNESCO
© materiały prasowe | Alex Dolny
Był jakiś punkt zapalny czy myśl o założeniu fundacji dojrzewała w tobie przez dłuższy czas?
Dawno temu usłyszałam od Ewy Błaszczyk, że jeśli robimy coś, co z nas wypływa naturalnie, budzi nasze emocje, to wtedy jest to prawdziwe i ludzie za tym pójdą. I to ze mną zostało.
Pewnego dnia pomyślałam, że nie chcę być tylko zwyczajną panią z telewizji. Wychowałam się w domu, w którym edukacja była bardzo ważna, była podstawą wszystkiego. Mój nieżyjący tata nieustannie powtarzał, że wszystko mogą mi ukraść, ale nie to, co mam w głowie. To czego się nauczyłam i czego doświadczyłam, jest moje na zawsze.
A doświadczyłam jako jedyna kolorowa dziewczyna w moim regionie rasizmu i niechęci, więc postanowiłam zacząć ludzi edukować, pomagać im zrozumieć naszą różnorodność.
Z całą pewnością na tę decyzję wpłynęła moja pierwsza podróż do Afryki, do Ghany, miejsca, z którego wywodzą się moje korzenie. Jestem związana z królewskim rodem Asante. To właśnie wtedy, 14 lat temu, zaczęłam naprawdę poznawać swoje dziedzictwo. Ghana jest dziś nowoczesną, demokratyczną republiką, ale jej konstytucja gwarantuje ochronę i autonomię tradycyjnych królestw. Tak jest również w przypadku Królestwa Asante, które powstało w 1701 r.
Dziś Asantowie są społecznością nowoczesną, przedsiębiorczą i niezwykle dumną ze swojej kultury oraz tradycji. Co dla mnie szczególnie ważne, sam Otumfuo Osei Tutu II, obecny władca ludu Aszanti w Ghanie, panujący od 1999 r., potwierdził mój związek z rodziną królewską po linii mojego ojca, Opoku Ware. Kiedy to wszystko zobaczyłam, poczułam ogromne wzmocnienie kulturowe. Zrozumiałam, że to także moja historia. I że to, co kiedyś było dla innych największym problemem, czyli mój kolor skóry, teraz może stać się moją największą siłą.
Dziś, po podpisaniu strategicznego partnerstwa z UNESCO, jako pierwsza polska organizacja i pierwsza organizacja z Europy Środkowo-Wschodniej, dociera to do mnie z całą mocą. Mój kolor skóry i moje podwójne polsko-ghańskie pochodzenie są moją siłą. Dzięki nim mogę budować mosty między Polską a Afryką, między dwoma światami, które są częścią mojej własnej historii.
Kiedy myślę o dziewczynie, która 14 lat temu po raz pierwszy pojechała do Ghany, odkryła swoje korzenie i pomyślała: "Tak, to jest mój cel", widzę, jak długa droga prowadziła do tego miejsca.
Zaczęłam od tego, co wyniosłam z domu, od przekonania, że edukacja może zmieniać życie. Od samego początku inwestowałam w edukację zarówno w Polsce, jak i w Afryce. W Ghanie zaczęłam od pomocy Salezjanom i budowy szkoły dla dzieci ulicy.
Jednocześnie w Polsce spotykałam się z bardzo brutalnymi komentarzami. Słyszałam nawet: "Jak śmiesz budować szkołę dla czarnuchów w Afryce? Dlaczego nie budujesz szkoły w Polsce?" To były słowa, które bolały, ale pokazywały mi również, jak wiele jest jeszcze do zrobienia, nie tylko w obszarze edukacji, ale także w sposobie, w jaki patrzymy na innych ludzi i na świat poza naszymi granicami.
I co odpowiadałaś?
Odpowiadałam bardzo prosto: w Polsce na co dzień właściwie nie spotykamy się z sytuacją, w której piętnastoletnie dziecko albo nawet młodsze nigdy wcześniej nie chodziło do szkoły. Mamy powszechny i bezpłatny dostęp do edukacji, a jej poziom jest wysoki. W wielu miejscach w Afryce sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Są dzieci, dla których możliwość pójścia do szkoły wciąż nie jest czymś oczywistym.
Dlatego zawsze myślałam bardzo prosto: skoro jestem wykształconą kobietą, żyję w Europie i pochodzę z kraju, który sam kiedyś potrzebował międzynarodowej pomocy, a dziś jest w stanie pomagać innym, to dlaczego miałabym tego nie robić? UNICEF przez dziesięciolecia wspierał dzieci w Polsce. Dopiero w 2002 r., kiedy Polska została zaliczona do krajów wysoko rozwiniętych, jego rola w naszym kraju się zmieniła. To dla mnie bardzo symboliczne: kiedyś to my potrzebowaliśmy wsparcia, dziś możemy dzielić się tym, co sami zbudowaliśmy.
Minęło 12 lat od założenia Omenaa Foundation i Polska jest dziś jedną z największych gospodarek świata. To ogromna zmiana i powód do dumy. Ale dla mnie zamożność zawsze oznacza także odpowiedzialność, nie tylko za siebie, lecz również za innych. Jestem naprawdę dumna z miejsca, w którym znajduje się dziś Polska, z tego, jak się rozwija i jaką drogę przeszła. Bo na ten sukces przez lata pracowały miliony ludzi. I właśnie dlatego uważam, że dziś możemy sobie pozwolić nie tylko na myślenie o własnym rozwoju, ale również na pomaganie tam, gdzie potrzeby są znacznie większe.
Rzadko można od Polaków usłyszeć takie słowa.
To nasza narodowa trudność. Nie potrafimy być dumni z tego, co na przestrzeni ostatnich dekad osiągnęliśmy. Wracamy do tego, co było setki lat temu, a nie dostrzegamy, co mamy tu i teraz i jakie jest to wspaniałe.
Nie wierzmy w siebie?
Myślę, że czasami rzeczywiście za mało w siebie wierzymy, ale to w dużej mierze wynika z tego, jak jesteśmy wychowywani. Moja mama zawsze mówiła mi: "Idź po wszystko, jesteś tego warta". Oboje rodzice budowali we mnie przekonanie, że jeśli naprawdę w coś wierzę i ciężko na to pracuję, to to osiągnę.
Dlatego uważam, że powinniśmy wychowywać kolejne pokolenia Polaków w poczuciu własnej wartości i świadomości tego, ile jako kraj mamy dziś do zaoferowania światu. To, że podpisałam strategiczne partnerstwo z UNESCO, nie jest dla mnie wyłącznie osobistym sukcesem ani sukcesem mojej fundacji. Traktuję to jako sukces Polski, polskiego biznesu, który wspiera inicjatywę TOP CHARITY, artystów, partnerów i całego mojego zespołu. I chciałabym, żebyśmy potrafili o takich rzeczach głośno mówić, bo pokazują, że polskie organizacje, przedsiębiorcy i filantropia mogą być partnerami dla największych międzynarodowych instytucji.
Szczególnie mocno wybrzmiało to dla mnie wtedy, gdy dyrektor generalny UNESCO, Khaled el-Enany, przed przedstawicielami 194 państw członkowskich wskazał naszą współpracę jako przykład dobrej praktyki. Podkreślił, że właśnie tak powinny łączyć siły sektor prywatny, filantropia i struktury UNESCO na świecie. Pokazał moje zdjęcie, wspomniał o naszej fundacji i przed tak szerokim międzynarodowym gronem mówił o tym modelu jako o rozwiązaniu, które warto rozwijać. To było coś naprawdę wyjątkowego. Bo nagle uświadamiasz sobie, że gdzieś w Paryżu kobieta o polsko-ghańskich korzeniach podpisuje strategiczne porozumienie z UNESCO, organizacją skupiającą 194 państwa, a chwilę później ta współpraca jest przedstawiana przez samego dyrektora generalnego jako wzór dla innych.
Dla mnie było to bardzo mocne potwierdzenie, że kierunek, który wybrałam kilkanaście lat temu, był właściwy. Można łączyć Polskę i Afrykę, prywatny kapitał, filantropię, kulturę i edukację w sposób, który ma znaczenie nie tylko dla jednej fundacji czy jednego kraju, ale także w skali międzynarodowej.
Z drugiej strony ostatnio twoją działalność krytykowano przy okazji koncertu na terenie Muzeum Pałacu Króla Jana III w Wilanowie.
Dla mnie to nie była krytyka, tylko hejt. Krytyka powinna być konstruktywna, oparta na faktach i prowadzić do rozmowy. Tutaj tego zabrakło. Od ponad dekady wspieram tę instytucję, a w ostatnich latach robimy to szczególnie intensywnie również finansowo, poprzez TOP CHARITY i działalność OmenaArt Foundation. W pewnym sensie jesteśmy też głosem polskich przedsiębiorców, którzy chcą angażować prywatny kapitał w kulturę. Wspieram muzeum, pomagam otwierać je na sztukę współczesną i nowe publiczności, a mimo to właśnie za to obrywam. Dla mnie jest to niezrozumiałe.
Najbardziej zabolało mnie jednak to, co wydarzyło się później. W atmosferze wywołanej tą falą hejtu ministra kultury i dziedzictwa narodowego odwołała Pawła Jaskinisa z funkcji dyrektora muzeum, który przez 24 lata dbał o to miejsce i nie bał się budować współpracy między sektorem publicznym a prywatnym. Dla mnie właśnie taki model jest przyszłością kultury, dokładnie na tej zasadzie działają obecnie także największe instytucje międzynarodowe, w tym UNESCO. Do dziś trudno mi uwierzyć, że to wszystko wydarzyło się właśnie w taki sposób.
Często powtarzam, że paradoksalnie łatwiej jest mi promować Polskę i budować dla niej międzynarodowe projekty poza krajem niż tutaj, na miejscu. Wiem, co robię, z kim pracuję i czemu mają służyć te działania. Wiem też, że Polska ma potencjał, żeby tworzyć projekty na światowym poziomie. Czasem mam jednak wrażenie, że część urzędników czy instytucji publicznych nie chce albo boi się tego potencjału wykorzystać. Może zbyt często patrzymy na reakcje w internecie, słupki popularności czy własne stanowiska, zamiast zadać sobie prostsze pytanie: czy robimy coś dobrego, wartościowego i potrzebnego?
Koncert w muzeum w Wilanowie był dobrą rzeczą?
Tak. Przyciąganie młodego pokolenia do historycznych przestrzeni jest dobrą rzeczą. Bo jak mamy uczyć historii Polski, jeśli nie potrafimy zainteresować nią młodych ludzi? Jak sprawić, żeby przyszli do Wilanowa, zobaczyli ten niezwykły barokowy pałac i chcieli dowiedzieć się o nim czegoś więcej? I wreszcie, jak świat ma się dowiedzieć, że w Polsce mamy miejsca tej klasy, jeśli nie będziemy umieli pokazywać ich w nowoczesny sposób?
Łączenie historycznych przestrzeni ze współczesną muzyką, sztuką, poezją czy innymi formami artystycznymi jest czymś zupełnie naturalnym w wielu krajach. Jean-Michel Jarre dał wyjątkowy koncert w Pałacu Wersalskim z okazji jego 400-lecia. Wydarzenie odbyło się przy wsparciu francuskiego Ministerstwa Kultury i pod patronatem UNESCO. Artysta wystąpił także na zabytkowym placu Registan w Samarkandzie podczas 43. Konferencji Generalnej UNESCO. David Gilmour zagrał dwa koncerty w antycznym amfiteatrze w Pompejach, tworząc tam wielkie współczesne widowisko muzyczne z rozbudowaną oprawą wizualną. W rzymskiej Świątyni Wenus i Romy odbywa się festiwal Venere in Musica, podczas którego występował między innymi Tricky. Z kolei Purple Disco Machine zagrał cztery wyprzedane koncerty na dziedzińcu barokowego Zwingeru w Dreźnie.
I właśnie dlatego tak trudno było mi zrozumieć skalę reakcji w Polsce. Nie wydarzyła się żadna katastrofa. Nikt nie ucierpiał, nie doszło do zniszczenia zabytku, a po wydarzeniu pozostały zwykłe kwestie porządkowe, które są naturalne po każdym dużym koncercie. Tymczasem wokół tego wydarzenia zbudowano narrację, jakby było czymś skandalicznym. I to jest dla mnie przykre, bo pokazuje, jak łatwo pod wpływem emocji i populistycznych haseł można zatrzymać zmianę, która na świecie jest czymś zupełnie normalnym.
Te przykłady pokazują kierunek. Najcenniejsze historyczne przestrzenie nie muszą być wyłącznie obiektami, które chronimy i oglądamy zza barierek. Mogą być także żywymi miejscami współczesnej kultury pod warunkiem, że dzieje się to z szacunkiem dla zabytku, jego historii i otoczenia. Właśnie w ten sposób można sprawić, że kolejne pokolenia naprawdę poczują, że te miejsca należą również do nich.
A ptaki, zwierzyna w rezerwacie przylegającym do muzeum?
Przede wszystkim dźwięk nie był kierowany w stronę rezerwatu, a jego poziom monitorowano w pałacu, na terenie muzeum, w rezerwacie Morysin i poza kompleksem. Przy Altanie Chińskiej odnotowano 46 dB, łącznie z odgłosami przyrody. Tymczasem codzienny ruch uliczny generuje większy hałas na dziedzińcu. Tych argumentów jednak nikt nie chciał przyjąć. Łatwiej było odwołać dyrektora Pawła Jaskanisa, a na mnie wylał się hejt. Nikt przy tym nie wspomniał, że przez ostatnie lata, dzięki inicjatywie TOP CHARITY, przeznaczyliśmy około 2 mln zł, w tym na rewitalizację polichromii w północnym skrzydle pałacu, bo przez dekady nie znalazły się na to publiczne środki.
Co więcej, w maju Rafał Trzaskowski postulował, by cały park i królewskie ogrody w Wilanowie były bezpłatne. Pytam więc: kto zapłaci za utrzymanie tej instytucji, ludzi, naprawy i konserwację? Jeśli ma to robić prywatna fundacja i stojący za nią ekosystem biznesowy, to dobrze – robię to od lat z przyjemnością. Nie rozumiem tylko, dlaczego przy pierwszej okazji spotyka mnie za to hejt.
Gdybym opowiedziała o tym w UNESCO, myślę, że mogłoby ich zaskoczyć, że takie sytuacje mają u nas miejsce. Mam jedną prośbę do władz i samorządów: nie przeszkadzajcie, a jeśli możecie, pomóżcie. Macie narzędzia legislacyjne i operacyjne. W dzisiejszych czasach nie ma miejsca na insynuacje i mierzenie innych własną miarą.
Strategiczne partnerstwo naszej fundacji z UNESCO pokazuje, że model, który buduję od 12 lat, oparty na współpracy sektora prywatnego, filantropii, kultury i instytucji publicznych, ma dziś znaczenie międzynarodowe. Chcę rozwijać go dalej, także jako most między Polską a Afryką.
Jakie były kulisy rozmów z UNESCO?
To właściwie nie był przypadek, choć może trochę szczęśliwy zbieg okoliczności. Postanowiłam wrócić do pracy nad rozprawą doktorską dotyczącą przemysłów kreatywnych i neokolonializmu. Chcę pokazać Afrykę z innej perspektywy, jako kontynent nowoczesny, dynamiczny i coraz bardziej istotny gospodarczo.
Zaczęłam szukać promotora na SGH, ale nie było to proste, bo specjalistów zajmujących się Afryką jest w Polsce naprawdę niewielu. Po kilku tygodniach trafiłam na dr Annę Masłoń-Oracz, ekspertkę ds. Afryki i kierowniczkę Zakładu UNESCO ds. Przemysłów Kreatywnych i Różnorodności Kulturowej dla Zrównoważonego Rozwoju w SGH. Podczas naszego spotkania opowiedziałam jej o gali biznesowej, na którą zapraszaliśmy przedsiębiorców z Afryki, żeby pokazać polskiemu biznesowi, że ten kontynent jest także ważnym i perspektywicznym kierunkiem inwestycyjnym.
Od słowa do słowa pojawił się pomysł, żeby zaprosić na to spotkanie także wicedyrektor generalną UNESCO. A kiedy ona usłyszała, że motywem przewodnim wydarzenia jest Afryka, z którą UNESCO od lat rozwija intensywne relacje, zdecydowała się przyjechać do Polski. Była to jej pierwsza zagraniczna wizyta po objęciu stanowiska.
I zobaczyła, jak działamy, jakie projekty realizujemy i jakie mamy plany. Rozmowa bardzo szybko przeszła na poziom konkretnej współpracy. Zaczęliśmy ją w maju, a kilka miesięcy później, w miniony czwartek, podpisaliśmy w Paryżu strategiczną umowę z UNESCO.
Prywatna organizacja zbiera środki i przeznacza je na dziedzictwo kulturowe Afryki, a dlaczego nie Polski?
Około 60 proc. środków przeznaczamy na działania w Polsce. Jeśli jednak ktoś pyta, dlaczego angażujemy się również w Afryce, odpowiedź jest dla mnie prosta: Polska osiągnęła już taki poziom rozwoju gospodarczego, że powinniśmy dostrzegać także tych, którzy mają mniej możliwości, i dzielić się tym, co sami zbudowaliśmy. Pokazaliśmy już, choćby pomagając Ukrainie, że Polacy potrafią być niezwykle solidarni. I właśnie z tej postawy jestem ogromnie dumna.
Co ciekawe, model naszej filantropii związanej z Afryką został bardzo mocno dostrzeżony przez UNESCO. Coś, za co kiedyś byłam krytykowana, dziś okazuje się kierunkiem zgodnym z myśleniem największych międzynarodowych instytucji.
Afryka jest najmłodszym kontynentem świata, zamieszkałym przez ponad półtora miliarda ludzi. To ogromny rynek, ogromny potencjał i niezwykła kreatywność, której osobiście nie widziałam w takiej skali nigdzie indziej. Dlaczego Polska miałaby nie traktować Afryki także jako jednego z kierunków rozwoju gospodarczego? My po prostu zaczynamy przecierać te szlaki.
Omenaa Mensah i Ewa Juszkiewicz
© materiał prasowy | Alex Dolny
Czyli podpisanie umowy z UNESCO zajęło zaledwie trzy miesiące?
Tak. Zależało mi na szybkim tempie, bo 10 września w Wenecji organizujemy pierwszą międzynarodową edycję TOP CHARITY. Cały ten rok poświęcamy kulturze afrykańskiej i wzmacnianiu dialogu między Afryką a Europą. Na aukcji pojawią się prace zarówno światowej klasy artystów, jak i twórców wschodzących, w tym Andy'ego Warhola (USA), Antoine'a Farrugii (Malta), Ewy Czwartos (Polska), Xawerego Wolskiego (Polska), Corneliusa Annora (Ghana), Nikoli Andonovej – NIKYOTO (Bułgaria), Raphaela Adjetey Adjei Mayne'a (Ghana), Tegene'a Kunbi (Etiopia) oraz LR Vandy (Wielka Brytania). Chcieliśmy, żeby właśnie podczas tego wydarzenia wybrzmiała nasza współpraca z UNESCO.
Polska zasługuje na silną obecność międzynarodową, podobnie jak polski biznes. Ten model filantropii narodził się właśnie tutaj. Pięć lat temu zobaczyłam, jak bardzo środowisko przedsiębiorców potrafi się zjednoczyć, kiedy trzeba pomagać Ukrainie. Pomyślałam wtedy: skoro mój mąż tak mocno wierzy w moją misję i ją wspiera, to z pewnością są w Polsce inni przedsiębiorcy, którzy również będą chcieli podzielić się tym, co mają. I rzeczywiście, to był dla mnie punkt zwrotny. Zobaczyłam ogromną solidarność polskiego biznesu i jego gotowość do działania na rzecz innych.
Polski biznes tworzy ogromną część naszej gospodarki. A mimo to przedsiębiorcy bywają sprowadzani do prostych, często krzywdzących etykiet. Tymczasem to oni tworzą miejsca pracy, inwestują, rozwijają firmy i budują dobrobyt. Chciałabym, żebyśmy częściej patrzyli na nich także przez pryzmat odpowiedzialności, jaką mogą brać za otoczenie społeczne i kulturę.
Myślałaś 12 lat temu, kiedy zaczynałaś, że będziesz w tym punkcie, w którym jesteś dzisiaj?
Nie myślałam o tym w tak konkretnych kategoriach. Wiedziałam jednak, że chcę działać szeroko i konsekwentnie. Dziś fundacja, która zaczynała od pojedynczych projektów, została pokazana przedstawicielom 194 państw jako przykład współpracy sektora prywatnego, filantropii i instytucji międzynarodowej. To dla mnie ogromny moment. Wracam do tego, co powiedziała mi Ewa Błaszczyk : "co z serca, to autentyczne". I chyba rzeczywiście coś w tym jest, kiedy ludzie czują, że działasz z przekonania, zaczynają za tym iść.
Byłabym bardzo szczęśliwa, gdybyśmy w Polsce lepiej rozumieli, że prywatna filantropia nie jest zagrożeniem, tylko wartością. To oczywiście wymaga czasu, zaufania i większej otwartości ze strony instytucji publicznych. Nie możemy podejmować decyzji wyłącznie pod wpływem emocji czy internetowego hejtu.
Prywatna organizacja ma tę przewagę, że może działać szybciej, elastyczniej i brać pełną odpowiedzialność za swoje decyzje. Nie muszę myśleć o politycznych słupkach ani o utrzymaniu stanowiska. Mogę skupić się na tym, czy dane działanie ma sens i czy przynosi realny efekt.
(0)Comments