Co musisz wiedzieć: Sejm wybrał Macieja Berka na sędziego Trybunału Konstytucyjnego. Autor krytykuje tę decyzję, wskazując, że Berek jeszcze niedawno był ministrem w rządzie Donalda Tuska, co jego zdaniem stoi w sprzeczności z deklaracjami dotyczącymi odpolitycznienia TK.
Autor krytykuje tę decyzję, wskazując, że Berek jeszcze niedawno był ministrem w rządzie Donalda Tuska, co jego zdaniem stoi w sprzeczności z deklaracjami dotyczącymi odpolitycznienia TK. Kandydatura Berka wywołała sprzeciw także części środowisk związanych z obroną praworządności oraz pojedynczych posłów koalicji. Przeciw zagłosowała Klaudia Jachira, a Franciszek Sterczewski wstrzymał się od głosu.
Przeciw zagłosowała Klaudia Jachira, a Franciszek Sterczewski wstrzymał się od głosu. Autor wskazuje również na spór dotyczący spełnienia przez Berka ustawowych wymagań niezbędnych do objęcia urzędu sędziego TK. Jego zdaniem kwestia ta może mieć znaczenie przy dalszej procedurze, w tym przy złożeniu ślubowania wobec prezydenta.
"Prawa ręka" premiera w TK
Wybór Berka na sędziego TK jest oczywistą, jawną kpiną nie z litery prawa, ale z czegoś bardziej od litery prawa istotnego: ducha praworządności, zasady trójpodziału władzy i reguły niezawisłości i apolityczności sądów. TK zawsze był upolityczniony. Jednak teraz miało być wreszcie inaczej. Posłowie rządzącej koalicji dwa lata temu głosowali za tym, żeby osoba, która "pełniła funkcję członka Rady Ministrów, sekretarza stanu, podsekretarza stanu lub pełnomocnika rządu" mogła kandydować na stanowisko sędziego Trybunału dopiero po 4 latach. Jednak w ostatni piątek zagłosowali na kandydata, który jeszcze przed kilkunastoma dniami był "prawą ręką" Donalda Tuska i ministrem w jego obecnym rządzie. Czy można wyobrazić sobie sytuację, w której realne działania bardziej przeczą głoszonym zasadom? Miały być cztery lata, a nie ma nawet czterech tygodni. Miało być odpolitycznienie, a jest jawne upolitycznienie. Wczorajszy minister Tuska przebierze się w togę i dziś będzie udawał bezstronnego sędziego? Czy o to chodziło obywatelom domagającym się praworządności na demonstracjach za rządów PiS? Najwyraźniej, zdaniem posłów koalicji, właśnie o to.
Sprzeciw Don Kichotów
Co z tego, że ustawa, w której znajdował się zapis o czteroletniej karencji dla ministrów ubiegających się o miejsce w TK, nie stała się prawem? Przecież dla posłów, którzy na nią głosowali, nadrzędny powinien być interes państwa, a on wymaga maksymalnej bezstronności Trybunału Konstytucyjnego. Argument, że skoro PiS wyznaczał polityczne kandydatury do TK, to nam też wolno, jest absurdalny, bo oznacza, że Polska nigdy nie będzie miała obiektywnych, bezstronnych sędziów w Trybunale. A istotą TK jest bycie bezstronnym.
Z tym, co stało się w piątek, nie zgadzają się - wśród posłów KO - tylko bardzo nieliczni idealiści, naiwni i uczciwi Don Kichoci. Nie dziwi, że okazały się być nimi postaci memiczne - Franciszek Sterczewski (który wstrzymał się od głosowania) i Klaudia Jachira (która głosowała przeciw). Sterczewski celnie skomentował całą sytuację: "Albo bronimy zasad, albo niczym się nie różnimy od tych, którzy je łamią". Jachira wyraziła rozczarowanie: "Niezmiennie marzę, byśmy przywrócili prawdziwy Trybunał, który niezawiśle będzie oceniał zgodność ustaw z Konstytucją. Ale powołanie Macieja Berka do TK nie przybliża nas do przywrócenia tego fundamentalnie ważnego Organu Konstytucyjnego".
Kompromitacja rządzącej koalicji
Wybranie Macieja Berka do TK jest tak oczywistym nadużyciem i sprzeniewierzeniem się głoszonym zasadom, że nawet organizacje mocno "sympatyzujące" z KO i formacją Tuska (np. Helsińska Fundacja Praw Człowieka czy Fundacja im. Stefana Batorego) apelowały o wycofanie jego kandydatury.
Piątkowe głosowanie nad kandydaturą Berka dowiodło, że ludzie, którzy przez cały okres rządów PiS domagali się odpolitycznienia najwyższych organów sądowniczych, umieszczają - gdy tylko pojawia się taka okazja - w Trybunale Konstytucyjnym "swojego" człowieka. Najbardziej "swojego" i najbardziej upolitycznionego, jak można to sobie wyobrazić. Tak bardzo, że gdyby Tusk chciał w Trybunale Konstytucyjnym mieć kogoś bardziej "swojego", musiałby wysunąć własną kandydaturę. To jest to totalna kompromitacja - zdemaskowanie faktu, że te hasła o praworządności były wyłącznie zwodzeniem naiwnych, bo naprawdę nie o żadną praworządności chodziło, tylko o to, żeby w Trybunale Konstytucyjnym i innych organach władzy sądowniczej nie było ludzi PiS, tylko "nasi". Dopuszczenie do tej kompromitacji świadczy, że TK jest w tej chwili sprawą dla rządzących niezwykle ważną. Czyli zdecydowanie coś knują. Coś, do czego realizacji niezbędne jest przejęcie Trybunału. Dlatego nie cofną się przed niczym.
Nie nauczyli się, nie zrozumieli
Pamiętajmy, że destrukcja TK zaczęła się już dawno temu (w roku 2015), gdy zbliżały się termin wyborów do Sejmu. Wówczas politycy PO i PSL, słusznie zakładając, że przegrają, chcieli umieścić w Trybunale swoich ludzi. Uchwalili więc ustawę (uznaną później za niekonstytucyjną), która umożliwiła im wybór dwóch sędziów TK przedwcześnie. Chodziło, oczywiście, o uniemożliwienie wyboru sędziów przez nowy Sejm.
Po ponad 10 latach widać, że ci ludzie niczego nie zrozumieli i niczego się nie nauczyli ze swoich błędów. Fanatyczni zwolennicy Tuska i jego partii świętują wybór Berka, nie zadając sobie najważniejszego pytania: kto będzie ofiarą takiej sytuacji, w której Polska nie ma Trybunału Konstytucyjnego, co do legalności którego panowałaby ogólna zgoda? A przecież odpowiedź może być tylko jedna: wszyscy Polacy. Rządząca koalicja wyżej stawia swój partyjny interes niż dobro państwa i jego obywateli. Według zasady "TK nie ma być obiektywny, tylko ma być nasz!". To przerażające, ale wygląda na to, że polska klasa polityczna po prostu nie dorosła do życia z instytucją, która będzie ją bezstronnie oceniać. Tylko, że to myśmy tych polityków wybrali. Czy to oznacza, że nie dorośliśmy do demokracji?
Kolejne ślubowanie na imprezie u Czarzastego?
A jaki będzie dalszy los ministra Berka? Ustawa o statusie sędziów TK stwierdza, że "sędzią Trybunału może zostać osoba, która (...) spełnia wymagania niezbędne do pełnienia urzędu na stanowisku sędziego Sądu Najwyższego". Jakie to wymagania? Posiadanie co najmniej 10-letniego stażu na stanowisku sędziego, prokuratora, radcy prawnego, adwokata lub notariusza. Od tego wymogu zwalnia tytuł naukowy profesora lub stopień naukowy doktora habilitowanego w dyscyplinie nauk prawnych. A Maciej Berek nie jest profesorem ani doktorem habilitowanym. Natomiast jego faktyczny (a nie jedynie formalny) 10-letni staż zawodowy (na którymkolwiek z wymienionych stanowisk) jest co najmniej niejasny i stał się przedmiotem sporu.
Mogą więc istnieć poważne podstawy do zakwestionowania decyzji Sejmu. Ich ocena to rola prezydenta RP, który nie jest wcale "notariuszem" i automatem do przyjmowania ślubowań od sędziów, ale - z mocy prawa - przede wszystkim "czuwa nad przestrzeganiem Konstytucji". A przecież, jeśli Sejm wybiera sędziego z naruszeniem ustawy regulującej ten wybór, to automatycznie łamie Konstytucję (Art.7).
Dlatego zanosi się na to, że ślubowanie "wobec prezydenta" znów odbędzie się bez obecności prezydenta, podczas prywatnej i całkiem niekonstytucyjnej imprezy, zorganizowanej przez marszałka Czarzastego.
(0)Comments