Sober curious w firmie - menu bez alkoholu, które nie jest karą
Grudniowa impreza firmowa, sto osiemdziesiąt osób, sala wynajęta na pięć godzin. Po prawej bar z alkoholem, po lewej stolik z sokami: dwa dzbanki, woda z cytryną, kilka butelek coli. Stawialiśmy takie stoliki latami i za każdym razem kończyło się podobnie. Nikt nie idzie przez pół sali po sok, skoro tę samą colę ma na stole obok talerza.
Kto tego wieczoru nie pije, dostaje więc to samo, co pił na obiedzie w firmowej stołówce. Reszta stoi przy barze, patrzy, jak barman odmierza, wstrząsa i podpala skórkę pomarańczy, a potem wraca do stolika ze szklanką, o której jest o czym rozmawiać. Trudno nazwać to wyborem. Dla części sali jest to raczej kara za trzeźwość, tylko wprost się tego tak nie mówi.
Reklama
Skąd się bierze nietknięty stolik z sokami
Karta bez alkoholu przestaje działać, kiedy nikt jej nie obsługuje. Dzbanek stoi sam, a przy barze zawsze ktoś jest.
Na jednej z konferencji ustawiliśmy soki w tym samym rzędzie co ekspres z baristą, tyle że bez obsługi. Kawa schodziła przez cały dzień, soki zostały prawie w komplecie. Ludzie ustawiali się do stanowiska, przy którym ktoś stał, nawet jeśli musieli poczekać dwie minuty dłużej.
Druga sprawa to naczynie. Ten sam mocktail w plastikowym kubku jest napojem dla dzieci, a w kieliszku koktajlowym, z lodem i skórką, jest po prostu drinkiem. Brzmi banalnie i akurat na tym najczęściej się wykładamy przy budżecie, bo szkło trzeba wypożyczyć, dowieźć i potem zmyć. Swoją drogą, ten sam mechanizm działa na weselach przy dzieciakach, tylko tam nikomu nie przychodzi do głowy podawać lemoniadę inaczej niż w porządnej szklance.
Reklama
Najmniej oczywista jest sama karta. Bywa układana na końcu, kiedy reszta menu jest już zamknięta, i widać po niej, że powstała na doczepkę. Dwie pozycje, obie słodkie, obie na soku pomarańczowym. Gość, który wypije jedną, do drugiej nie wraca.
Sober curious to nie abstynencja
Sober curious to ludzie, którzy nie rzucili alkoholu, tylko zaczęli wybierać, kiedy po niego sięgają. Na firmowej imprezie ta grupa jest znacznie szersza niż lista osób, które deklarują, że nie piją w ogóle.
Najpierw kierowcy. Zaraz za nimi ci, którzy mają rano samolot albo prezentację o dziewiątej. Ktoś bierze leki. Ktoś wraca do formy po chorobie i nie ma ochoty tłumaczyć się z tego przy stole, a przy dwustu osobach na sali zawsze ktoś taki jest. Młodsze roczniki piją po prostu mniej niż ich starsi koledzy i nie robią z tego żadnej deklaracji.
Reklama
Jest jeszcze grupa, o której na spotkaniach organizacyjnych mało kto mówi głośno: ludzie, którzy nie chcą pić przy szefie. Impreza firmowa nie jest imprezą prywatną i część zespołu traktuje ją jak przedłużenie pracy. Szklanka bez procentów w ręce załatwia im sprawę. Można zostać na sali do końca i nie odpowiadać na pytanie, czemu się nie pije.
Nikt z nich nie chce być widoczny jako ten, który nie pije. A stolik z sokami postawiony obok baru robi z nich osobną grupę.
Bar, przy którym coś się dzieje
Doświadczenie zamiast alkoholu brzmi jak hasło ze slajdu. W praktyce chodzi o to, żeby przy stanowisku było co oglądać.
Reklama
Barista ubijający matchę bambusową miotełką zatrzymuje przy ladzie ludzi, którzy matchy nigdy w życiu nie pili. Latte art działa tak samo, tylko krócej. Nalewanie mleka trwa kilkanaście sekund i przez ten czas dwie, trzy osoby stoją i patrzą, a potem robią zdjęcie kubka, zanim zdążą się napić. Bar molekularny radzi sobie bez procentów równie dobrze, bo kulki z soku pękające w ustach to ta sama sferyfikacja, tylko bez wódki w bazie.
Od tamtej pory planujemy w innej kolejności. Kiedy układamy program grudniowej imprezy, atrakcje na event firmowy dobieramy dziś raczej pod kątem tego, co widać przy stanowisku, niż pod kątem samej karty napojów. Stanowisko, przy którym widać ręce i sprzęt, ściąga ludzi niezależnie od tego, co ostatecznie trafia do szklanki. Kawa z firmowym logo na piance schodzi na konferencjach szybciej niż zwykła kawa z termosu, a zimą tę samą robotę odwala gorąca czekolada.
Reklama
Najdalej idzie wariant warsztatowy. Zamiast baru z kolejką staje stanowisko, przy którym goście sami wstrząsają shakerem. Na integracjach schodzi to lepiej niż konkursy, bo każdy wychodzi z czymś w ręce i ma potem o czym opowiadać przy stole. Wersja bez alkoholu wygląda identycznie, tylko w butelkach stoi gin bez procentów, a smak trzeba budować na czymś innym niż mocna baza. Zwykle na kwasie i na czymś gorzkim, bo inaczej wszystko robi się słodkie.
Działa też format degustacyjny, tylko bez alkoholu w roli głównej. Cztery kawy z różnych krajów podane po kolei, z krótkim komentarzem baristy, zajmują ludziom kwadrans i robią to samo, co degustacja whisky: dają pretekst do rozmowy o czymś innym niż projekty i terminy. Na konferencjach sprawdza się to nawet lepiej niż bar, bo o jedenastej rano nikt i tak nie sięgnie po drinka, a po kawę ustawia się cała sala.
Reklama
Nie zawsze zresztą wychodzi. Na jednej konferencji ustawiliśmy stanowisko z matchą w kącie za filarami i przez dwie godziny nie podszedł do niego nikt, choć tydzień wcześniej to samo ustawienie robiło kolejkę. Widocznie samo stanowisko to za mało. Musi jeszcze stać na trasie, którą ludzie i tak chodzą.
Jak wpisać to w harmonogram, żeby nie było dodatkiem
Bar bez alkoholu wchodzi do harmonogramu jak każdy inny punkt wieczoru. Ma swoją godzinę i swojego człowieka.
Przy stu osiemdziesięciu gościach jedno stanowisko nie wystarczy. Kolejka uderza dwa razy: zaraz po oficjalnej części i mniej więcej godzinę po deserze. Jeśli w obu tych momentach karty z alkoholem i bez obsługuje ten sam barman, część sali odpuszcza i wraca do coli na stole. Dwa punkty rozkładają ruch, a przy okazji rozdzielają towarzystwo, więc nikt nie stoi w kolejce jako ten, który nie pije.
Reklama
Reszta to pytania do wykonawcy, najlepiej zadane przed podpisaniem umowy. Ile pozycji bez alkoholu ma karta i czy robi się je z taką samą uwagą co koktajle. Czy ta sama ekipa robi też kawę. Ile osób staje za barem przy naszej liczbie gości i o której wchodzą na salę. To ostatnie pytanie zadajemy zawsze, bo odpowiedź mówi najwięcej o tym, jak wykonawca pracuje.
Mobilne ekipy jeżdżą dziś po całej Polsce z własnym sprzętem, więc sala trzydzieści kilometrów za miastem nie jest już żadnym problemem. Problemem bywa termin, bo grudniowe piątki schodzą jako pierwsze.
Reklama
I jeszcze jedno, z gatunku drobiazgów, które widać dopiero na sali. Karta bez alkoholu powinna wisieć w tym samym miejscu co reszta, tą samą czcionką, bez osobnego nagłówka o napojach dla niepijących. Kto chce, ten sobie wybierze. Nikt nie musi ogłaszać przy barze, po której stronie tego wieczoru stoi.
Menu bez alkoholu nie musi być osobnym projektem ani gestem w stronę mniejszości. Wystarczy, że ktoś przy nim stoi i podaje w normalnym szkle, na widoku. Wtedy stolik z dwoma dzbankami soku można spokojnie skreślić z listy.
(0)Comments