Krótko po godzinie 7:00 polskiego czasu Andrzej Poczobut przekroczył w Bobrownikach granicę polsko-białoruską.
Waldemar Piasecki: Po nieco ponad czterech miesiącach od uwolnienia i przybycia do Polski wracasz na Białoruś. Zadam Ci w związku z tym dwa pytania. Pierwsze brzmi: PO CO?
Andrzej Poczobut: Wielokrotnie odpowiadałem na to pytanie. Na Białorusi zostały tysiące ludzi ze Związku Polaków. Organizacja w ciągu tych wszystkich lat prowadziła działalność, nie zważając na represje, i ani na jeden dzień jej nie przerwała. W 2021 roku, kiedy aresztowano kierownictwo Związku Polaków, kiedy odbywały się rewizje w siedzibie organizacji, zabierano sprzęt, komputery, wydawało się, że wszystko padnie i we wrześniu rodzice po prostu nie poprowadzą swoich dzieci do szkół społecznych działających przy ZPB. Jednak przyszedł wrzesień i tylko pojedyncze osoby zrezygnowały, a w szkołach, tak jak zawsze, były tłumy dzieci. Wszyscy się bali i wszyscy szli, i wszyscy się trzymali razem. Jestem częścią tego ruchu, częścią Związku Polaków. Dziwne, że muszę tyle razy to tłumaczyć.
Waldemar Piasecki: Drugie: DLACZEGO?
Andrzej Poczobut: Bo tam jest moje życie, tam się urodziłem, tam są pochowani moi przodkowie. Bo tyle lat swego życia poświęciłem Związkowi Polaków, mniejszości polskiej, że byłoby cholernie szkoda to wszystko rzucić, a z drugiej strony proszę sobie wyobrazić cały wysiłek nie tylko Polaków na Białorusi, ale także Polski, który od lat 90. był pakowany we wsparcie mniejszości polskiej. To naprawdę ogromny wysiłek. Czy można dopuścić, by został zmarnowany? Czy nie należy zrobić wszystkiego, co jest możliwe, by uratować, co tylko da się uratować?
Waldemar Piasecki: Jak Ci było w Polsce przez te cztery miesiące? Czy czułeś się jak w domu?
Andrzej Poczobut: To wszystko było jak sen. Nagle z jednego świata trafiłem do świata innego, o zupełnie innej atmosferze. W Polsce czuję się i zawsze się czułem bardzo dobrze. Zawsze było tak, że jakkolwiek długo nie byłoby mnie w Polsce, czuję wewnętrzną potrzebę, by pojechać, by odwiedzić… Lubię Warszawę, lubię Białystok, Sopot, Opole, Kraków… Każde z tych miast ma swój klimat i swój nastrój. Generalnie Polska jest piękna i przy całej naszej tragicznej historii, jeżeli spojrzymy dziś na Polskę, to ma ona wszystko – chcesz morze? Jest morze! Góry? Masz góry! Jest puszcza, jeziora, nawet pustynia jest! I co by tam nie mówili i jakby nie narzekali, Polska to kraj dobrych ludzi. Czasem jakieś wybryki, patologie mogą to przysłonić, ale w ostatecznym rozrachunku to i tak zawsze będzie historia z happy endem. Tak to widzę i tak to czuję, i za to (jakkolwiek patetycznie by to zabrzmiało) jestem Polsce bardzo wdzięczny.
Waldemar Piasecki: Czy nie myślisz, że Twoja obecność była wykorzystywana przez różne środowiska, w tym polityczne, i zmuszała Cię do – nazwijmy to – uprzejmego symetryzmu? Tak, aby nikogo nie urazić…
Andrzej Poczobut: Nie jestem osobą, którą można do czegoś zmusić. Ja tego tak nie traktuję. Oczywiście, zdaję sobie sprawę z głębokiego podziału i polaryzacji w społeczeństwie, jednak po każdej stronie są ludzie, którzy mają serce dla Polaków z Białorusi, i właśnie z tymi ludźmi trzymam kontakt, z tymi ludźmi współpracujemy. Na zewnątrz to może wyglądać dziwnie, ale wewnątrz w tym nie ma żadnej sprzeczności. Po prostu ktoś czuje ten nasz kresowy klimat, komuś on jest bliski i jest on dla niego zrozumiały, i wspiera nas. I nieważne, czy jest z Platformy, czy z PiS-u, czy z prawicy, czy z lewicy. To się albo czuje, albo nie.
Waldemar Piasecki: Co było najważniejszymi wydarzeniami podczas Twojego pobytu w Polsce?
Andrzej Poczobut: Trudno coś specjalnie wyszczególnić, bo wszystko było ważne i wzruszające. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie wizyta w Gnieźnie, kolebce naszej historii… Kielich św. Wojciecha, który miałem okazję dotknąć, który ma ponad 1000 lat. Kiedy wyobrażasz sobie jego historię i czas, który minął, ludzi, którzy trzymali go w ręku, to może się zakręcić w głowie. Była jeszcze msza koncelebrowana przez Prymasa Polski, arcybiskupa Wojciecha Polaka, w intencji Polaków na Białorusi. Wielkie wrażenie wywarło na mnie spotkanie na Franciszkańskiej 3 w Krakowie z kardynałem Grzegorzem Rysiem, kapłanem wyjątkowej charyzmy, prawdziwym księciem Kościoła. Tam mogłem dotknąć relikwiarza ze szczątkami pierwszego króla Polski, Bolesława Chrobrego. Mogłem także stanąć w słynnym oknie, w którym stawał papież Jan Paweł II. To było wielkie ładowanie akumulatorów, nabieranie sił. Kardynał odegrał także znaczącą rolę w programie mojej wizyty w Watykanie, gdzie mogłem się przekonać, jak jest tam szanowany. To też utkwiło mi w pamięci.
A z innej strony – defilada z okazji Dnia Wojska Polskiego i ta cała potęga, którą miałem okazję z bliska zobaczyć, to było coś niesamowitego. No i w maju płynąłem statkiem po Bałtyku, pamiętam ten kolor morza w maju… Sierpień spędziłem w Krynicy. Pamiętam to uczucie, kiedy idziesz w górę, a potem stoisz na niej i podziwiasz piękną okolicę. Dużo pięknych wrażeń miałem w ciągu tych miesięcy. Jednak czas szybko leci, wszystko się kończy i czuję, że trzeba wrócić do swojego życia, do swojej rzeczywistości.
Waldemar Piasecki: Jak z Twoim zdrowiem? Czy leczenie szpitalne i sanatoryjne pomogło?
Andrzej Poczobut: Tu nie trzeba być lekarzem, by stwierdzić, że wyglądam znacznie lepiej. Słyszę to niemal codziennie. Dlatego jestem bardzo wdzięczny wszystkim, którzy się do tego przyczynili.
Waldemar Piasecki: W jakiej jesteś kondycji psychicznej? Po latach w więzieniu trudno wraca się do normalnego funkcjonowania? Wielu ludzi, w tym znanych dysydentów, zmagało się z objawami syndromu postwięziennego…
Andrzej Poczobut: Bez wątpienia to nie jest takie łatwe. Czasem miałem takie uczucie, że wszystko dookoła mnie to sen i zaraz się obudzę znowu w zimnej celi nr 2, sam na sam ze swoimi myślami. Nie jest też łatwo poskładać na nowo rodzinę. Kiedy ciebie długo nie ma, twoje miejsce zajmuje pustka i do tej pustki wszyscy się powoli przyzwyczajają, a tu nagle znowu pojawiam się ja. Tylko że dla mnie przez te pięć lat czas stał w jednym miejscu i życie nastawione było tak naprawdę na pauzę, a tu czas przemijał z niebywałą prędkością. Wiesz, rozmawiałem z kolegami z więzienia. Mówią wprost, że większość małżeństw po takim doświadczeniu się rozpada. Po prostu nie da się skleić stłuczonej filiżanki; dlatego to wszystko trzeba po prostu na nowo układać.
Waldemar Piasecki: Którzy z poznanych ludzi zrobili na Tobie największe wrażenie?
Andrzej Poczobut: Nie chciałbym nikogo pominąć. Przez cały ten czas spotykałem się z wieloma dobrymi ludźmi. Każdemu jestem bardzo wdzięczny.
Waldemar Piasecki: Byłeś także w Parlamencie Europejskim, gdzie odbierałeś Nagrodę Sacharowa za walkę o demokrację i prawa człowieka na Białorusi. W swoim wystąpieniu zwracałeś się o wsparcie społeczności międzynarodowej. Czy myślisz, że to się spodobało reżimowi Łukaszenki?
Andrzej Poczobut: Kiedy mówię czy piszę, nie myślę o tym, co się spodoba Łukaszence, a co jemu się nie spodoba, tylko staram się tak formułować zdania, by człowiek zrozumiał, o co mi chodzi, by być przekonującym. Dlatego przede wszystkim, przemawiając w Parlamencie Europejskim, myślałem, jak w krótkich słowach opowiedzieć naszą historię, by człowiek, który nawet może nie zdawać sobie sprawy z tego, gdzie się znajduje Białoruś i dlaczego tam mieszkają Polacy, zrozumiał naszą sytuację.
Waldemar Piasecki: Spotkałeś się z papieżem Leonem XIV, przyjął Cię szef watykańskiej dyplomacji arcybiskup Paul Gallagher. Wizyta w Watykanie procedowana była w dyskrecji. Czy możesz powiedzieć dziś o niej nieco więcej? Jak ją, Twoim zdaniem, postrzegają władze białoruskie?
Andrzej Poczobut u papieża Leona XIV
i spotkanie z arcybiskupem Paulem Gallagherem (specjalnie dla 'Gazety')
Andrzej Poczobut: To było wielkie przeżycie dla mnie. Spotkanie z Ojcem Świętym, wizyta w Watykanie, msza w bazylice św. Piotra. Modlitwa u grobu papieża Polaka, Jana Pawła II… To wszystko pozostanie w mojej pamięci na zawsze. A tajemniczość? Cóż, wiadomo, że władzom białoruskim moja aktywność się nie podoba i gdyby wcześniej wiedzieli, to oczywiste jest, że podjęliby działania, by do takiej wizyty nie dopuścić. By uniknąć takiej sytuacji, wszystko to było zachowywane w tajemnicy. Oni wszystko postrzegają w kategoriach spisku i działań wywrotowych. Myślę, że tak właśnie patrzą i na moją wizytę w Watykanie. Andrzej Poczobut z papieżem Leonem XIV Foto: Archiwum
Waldemar Piasecki: Jak to, co robiłeś przez te cztery miesiące, było odbierane przez Polaków na Białorusi? Czy było dla nich wsparciem?
Andrzej Poczobut: Bez wątpienia. Wiele razy słyszałem, że to wszystko dodawało naszym ludziom otuchy i było dla nich powodem do dumy. Jestem ich sługą.
Waldemar Piasecki: We wrześniu miał się odbyć zjazd Związku Polaków na Białorusi, którego miałeś być główną postacią. Czy to prawda, że się nie odbędzie, bo znowu mógłbyś trafić do więzienia?
Andrzej Poczobut: To jest pewne uproszczenie. Przy przygotowaniach do zjazdu powstały nagle pewne problemy logistyczne, a do tego pojawiły się sygnały, że przeprowadzenie zjazdu jest obarczone ryzykiem dla jego uczestników. To wszystko spowodowało, że Rada Naczelna podjęła decyzję o przesunięciu terminu zjazdu ZPB.
Waldemar Piasecki: Długo nie widziałeś swoich rodziców. Są w podeszłym wieku. Tato jest poważnie chory. To naturalne, że będziesz chciał się nimi zająć. Czy jest szansa, że będą mieli w Grodnie należytą opiekę? Czy nie powinni trafić do Polski?
Andrzej Poczobut: Ojciec nie chce wyjeżdżać, nie chce opuszczać domu. Z mamą się widziałem, przyjeżdżała do szpitala do Warszawy, z ojcem rozmawiałem tylko przez komunikatory społecznościowe. Mam nadzieję, że wkrótce się z nim zobaczymy w naszym domu. Tak jest ze starymi drzewami, że się ich nie przesadza do innej ziemi.
Waldemar Piasecki: Na jak długo jedziesz? Kiedy znów będziesz w Polsce?
Andrzej Poczobut: Dla mnie ta wizyta jest bardzo ważna. Z wielu powodów. Przede wszystkim rodzinnych, ale też zrozumiałe jest, że chcę zobaczyć naszych ludzi, tych, którzy, nie zważając na zagrożenie, cały czas prowadzili działalność i dzięki którym tak naprawdę mam gdzie wrócić. Jednak wiadomo, że planowana jest wizyta w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. Dlatego jadę do Grodna na krótko, zobaczyć rodzinę, porozmawiać z ludźmi, zobaczyć, jak funkcjonuje Związek Polaków na Białorusi, i szybko wracam, by lecieć do Stanów.
Waldemar Piasecki: Powiesz, co tam będziesz robił? Czy na przykład trafisz do Białego Domu?
Andrzej Poczobut: Jest takie chińskie powiedzenie, że kto zadaje za dużo pytań, otrzymuje za dużo odpowiedzi. Uznajmy, że wizyta będzie intensywna i interesująca.
Waldemar Piasecki: O ile do niej dojdzie… Czy bierzesz pod uwagę, że kiedy pojawisz się na Białorusi, reżim zechce Cię znowu uwięzić, nie zważając na opinię międzynarodową i relacje ze Stanami Zjednoczonymi? Co wtedy?
Andrzej Poczobut: Moralnie trzeba być gotowym i do takiego scenariusza. Nie chcę tu szermować wielkimi słowami, ale wydaje mi się, że jestem gotów. Jeżeli władze uznają, że trzeba tę historię raz jeszcze powtórzyć, to jestem gotów ją raz jeszcze powtórzyć. Trzeba być sobą.
Waldemar Piasecki: Czego Ci życzyć?
Andrzej Poczobut: Trochę szczęścia.
Waldemar Piasecki: Tego Ci życzę. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał: Waldemar Piasecki, Nowy Jork
(0)Comments